 |
| Targowisko mebli pod estakadą w Stalowej Woli. ©Adam Chelstowski; Maciej Jeziorek/Napo Images |
Postanowił – wzorem amerykańskich fotografów – sportretować polskie
obrzeża. I przekonał się, że to ciągle jest kraj energicznej inicjatywy,
disco polo, tanich dyskontów, używanej odzieży i kredytów-chwilówek.
W Katowicach zaprzyjaźniony fotograf zabrał go do zlikwidowanej huty.
Dookoła poprzemysłowy rozpad – gruz, odpadki i jakieś dziury w ziemi.
Wszystko, co miało jakąkolwiek wartość, dawno stąd wyniesiono. A mimo to
w oddali, na resztkach tego, co kiedyś było murem, jakiś facet
z młotkiem próbował wyszarpać resztki złomu, których inni nie zauważyli.
Tuż obok zaś, przy zarośniętym basenie przeciwpożarowym, zdjęcia ślubne
robiła sobie młoda para. Maciej Jeziorek wcisnął spust migawki.
1.
Teksas, droga krajowa numer 90 w kierunku Del Rio, 1956 r.
Szwajcarski fotograf Robert Frank zatrzymuje na poboczu samochód, bierze
aparat i wychodzi na środek drogi. Rozgląda się chwilę przez wizjer
aparatu. W końcu w czarnej ramce widzi swój własny samochód, w nim
zawiniętą w pled żonę i przytulonego do niej, śpiącego syna. Wciska
spust migawki. Tym zdjęciem skończy swoją podróż.
Rozpoczyna ją dwa lata wcześniej. Pakuje do samochodu rodzinę i dwa
niewielkie aparaty fotograficzne. Postanawia przejechać Stany
Zjednoczone i je po prostu – po drodze – sfotografować. 20 miesięcy, 48
stanów i ponad 750 rolek filmu. Frank fotografuje głównie na ulicy, ale
też w knajpach, podczas pogrzebów, wesel i wyborczych konwencji. Chwyta
życie, ale nie szuka typowych bohaterów, mówi, że nienawidzi „tych
cholernych historii z początkiem i końcem”. Fotografuje niedbale,
przekrzywia kadry, gubi ostrość, detal topi w grubym ziarnie czułej
kliszy. Po wielu latach przyzna, że część fotografii wykonał w biegu,
nie patrząc nawet w wizjer aparatu. Te techniczne niedoskonałości
zwiększają jednak tylko uczucie niepokoju i zagubienia wyzierające
z jego zdjęć. W ten sposób powstaje album „The Americans”, wstęp do
niego napisze sam Jack Kerouac. Książka zrewolucjonizuje fotografię
i stanie się ważnym głosem w dyskusji o kondycji Ameryki lat 50.
Takiej wielkiej podróży, nie za przykładem Franka, ale z własnej
potrzeby, doświadczają też inni wielcy mistrzowie aparatu – Ansel Adams,
Steven Shore, William Egglestone. To oni dadzą podwaliny tej fotografii
drogi, w której kierunek jest tylko pretekstem. Dookoła, w poprzek, ze
wschodu na zachód albo odwrotnie. Do dziś wielu amerykańskich fotografów
postanawia w taką drogę wyruszyć, dla sporej części z nich jest to
doświadczenie formujące.
Maciej mówi: – Gdzie nam tam do Franka czy Egglestone’a. Ale tak
z ciekawości zacząłem szukać w Polsce podobnych zdjęć, robionych
w podróży, której jedynym celem jest droga i rejestracja wszystkiego, co
na niej. Nie znalazłem. Były fragmenty, ale nie było całości.
Pomyślałem, że trzeba to zrobić, wziąć mapę, narysować na niej koło i po
prostu ruszyć.